"Pewnego wieczora, gdy wilki udały się na swe regularne
nocne polowanie, wytyczyłem swoją własną działkę o powierzchni może hektara, z
namiotem w środku, zawłaszczając też stumetrowy odcinek wilczej ścieżki.
(...) O godzinie 08.14, jak zanotował mój wilczy dziennik, przywódca klanu pojawił się spoza grani za mną, zmierzając do domu ze zwykły, sobie wyrazem zaabsorbowania. Jak zwykle nie raczył spojrzeć na mój namiot; ale gdy dotarł do miejsca w którym granica mojej posiadłości przecięła ścieżkę, stanął tak raptownie, jakby wpadł na niewidzialną ścianę. Był tylko piętnaście metrów ode mnie i przez lornetkę widziałem dokładnie wyraz jego pyska.
Objawy zmęczenia znikły i zastąpił je wyraz osłupienia. Wyciągnął ostrożnie nos i obwąchał jeden z oznaczonych przeze mnie krzaczków. Jak gdyby nie wiedział, co to ma znaczyć albo co ma z tym zrobić. Po chwili kompletnego niezdecydowania odstąpił o kilka metrów i usiadł. A potem - wreszcie - spojrzał wprost na namiot i na mnie. Było to spojrzenie przeciągłe, pełne zastanowienia i namysłu.
(...)
Sytuacja robiła się nie do zniesienia. W wysiłku, żeby przełamać impas, odchrząknąłem głośno i odwróciłem się do wilka plecami (na jedną dziesiątą sekundy), aby mu jak najwyraźniej dać do zrozumienia, że uważam jego uparte wpatrywanie się za niegrzeczne czy wręcz obraźliwe.
On jak gdyby zrozumiał. Wstał i jeszcze raz obwąchał mój znak, po czym jakby się zdecydował. Pośpiesznie i z wyrazem stanowczości poniechał mnie i ruszył w systematyczny obchód wytyczonego przeze mnie terenu. Każdy mój znak graniczny wąchał raz czy dwa razy, a potem starannie umieszczał swój znak po zewnętrznej stronie każdego kamienia lub kępki trawy. (...)
Uporawszy się z całą robotą - a zajęło mu to nie więcej niż kwadrans - wrócił na ścieżkę w tym miejscu, gdzie wybiegała ona z mojej posiadłości, i oddalił się truchcikiem do domu, pozostawiając mi niejedno do przemyślenia."
FARLEY MOWAT, Nie taki wilk straszny, 1994
(...) O godzinie 08.14, jak zanotował mój wilczy dziennik, przywódca klanu pojawił się spoza grani za mną, zmierzając do domu ze zwykły, sobie wyrazem zaabsorbowania. Jak zwykle nie raczył spojrzeć na mój namiot; ale gdy dotarł do miejsca w którym granica mojej posiadłości przecięła ścieżkę, stanął tak raptownie, jakby wpadł na niewidzialną ścianę. Był tylko piętnaście metrów ode mnie i przez lornetkę widziałem dokładnie wyraz jego pyska.
Objawy zmęczenia znikły i zastąpił je wyraz osłupienia. Wyciągnął ostrożnie nos i obwąchał jeden z oznaczonych przeze mnie krzaczków. Jak gdyby nie wiedział, co to ma znaczyć albo co ma z tym zrobić. Po chwili kompletnego niezdecydowania odstąpił o kilka metrów i usiadł. A potem - wreszcie - spojrzał wprost na namiot i na mnie. Było to spojrzenie przeciągłe, pełne zastanowienia i namysłu.
(...)
Sytuacja robiła się nie do zniesienia. W wysiłku, żeby przełamać impas, odchrząknąłem głośno i odwróciłem się do wilka plecami (na jedną dziesiątą sekundy), aby mu jak najwyraźniej dać do zrozumienia, że uważam jego uparte wpatrywanie się za niegrzeczne czy wręcz obraźliwe.
On jak gdyby zrozumiał. Wstał i jeszcze raz obwąchał mój znak, po czym jakby się zdecydował. Pośpiesznie i z wyrazem stanowczości poniechał mnie i ruszył w systematyczny obchód wytyczonego przeze mnie terenu. Każdy mój znak graniczny wąchał raz czy dwa razy, a potem starannie umieszczał swój znak po zewnętrznej stronie każdego kamienia lub kępki trawy. (...)
Uporawszy się z całą robotą - a zajęło mu to nie więcej niż kwadrans - wrócił na ścieżkę w tym miejscu, gdzie wybiegała ona z mojej posiadłości, i oddalił się truchcikiem do domu, pozostawiając mi niejedno do przemyślenia."
FARLEY MOWAT, Nie taki wilk straszny, 1994
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz