Jest leniwe niedzielne przedpołudnie. Lekko śnieży. Nie przeszkadza to jednak w spacerze. W Łazienkach, jak to w niedzielę, ludzi sporo, choć może nie tłumnie. Zapewne ze względu na aurę, która nie wszystkich zachęca.
Podążam alejką od bramy przy ulicy Podchorążych w stronę Szwoleżerów. Mijam przekarmione, ale wciąż towarzyskie wiewiórki w zimowym futrze i radosne rodziny z dziećmi, które jeszcze kuszą "Baśki" orzechami laskowymi. Odbijam w stronę Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa. Wita mnie tablica informacyjna, z plakatem wystawy i rozpiską godzin otwarcia. "Kossak nieznany". Sunę dalej - czekają rzeźby - metalowe sylwetki zwierząt, o tej porze roku wyjątkowo dobrze widoczne, mimo parkowej roślinności. Lekko oprószył je śnieg, podkreślając przestrzenność ich brył. Zatrzymuję się na chwilę przyglądając się nieco dokładniej. Kolor taki ponury trochę, brudny, choć w ciepłej tonacji. Kamuflaż? Nawet je lubię.
Jeszcze parę kroków i wchodzę do budynku muzeum. Bim bom - dzwonek daje znać o mojej wizycie. Jest i kasa. "Bilet normalny na Kossaka poproszę". Trzy złote. Ulgowy dwa. Katalog osiem.
Czas zajrzeć do środka. Hmm... Plecak proszę zostawić w szatni, ewentualnie proszę go nieść w ręku, przy sobie, nie na plecach i uważać. Ach, te nasze muzea i regulaminy...
Spodziewam się koników. I są. Jednak najpierw trafiam na informacje o rodzinie Kossaków, trochę ich historii, miejsc, w których żyli. Akwarelki z tychże kolejnych etapów życia, związanych z różnymi okolicami. Czytam m.in., że Karol Kossak ukończył ASP w Krakowie a studiował wcześniej we Wiedniu. Wolę rysunki niż akwarele. I te tuszem i ołówkiem. Zatrzymuję się na chwilę przy starych oryginalnych szkicownikach. Najstarszy z 1945 r.! Widać różne techniki operowania kreską. Interesujące. Sporo dynamiki. Takie to wszystko dość przeglądowe... "Zaprzęg roboczy", "Zaprzęg czterokonny", "Wyścigi finisz", "Dorożka". Cha! "Dorożka w deszczu" powoduje, że zatrzymuję się i uśmiecham. I "Jeźdźcy". Można by cmoknąć. Lubię, jak artysta lubi to, co robi i bawi się przy tym. Także wachlarzem możliwości technicznych, które są dla niego bezproblemowym bazowym warsztatem. "Wyjazd karetą". Są też scenki rodzajowe, uchwycone, trafne, jak "Proboszcz z parafianką" czy "Na deptaku". Oto i zwierzęta. Polubiłam leniwego "Hipopotama". Ale najbardziej chyba urzekły mnie prace typu "Imieniny dyrektora" czy "Wesele koguta". Są one nie tylko wyrazem spostrzegawczości autora, ale także nośnikiem życzliwego, ciepłego poczucia humoru. takie trochę karykaturalnie przerysowane. Jeszcze obrazki adresowane do dzieci. "Dla Magdy do kolorowania"... Takie to ciepłe i ujmujące. Odrobina prywatności.
Tłumów to tu nie ma. Choć jest niedziela, to zaledwie kilka osób przewinęło się przez muzeum w czasie mojej w nim bytności. Pani mówi, że tylko w czwartki bywa trochę więcej ludzi, ale też nie za dużo. Wzdycha: "Szkoda, że nie udało się lepiej tej wystawy rozreklamować". Dodaje, że te prace są po raz pierwszy pokazywane na wystawie i że zorganizowała ją córka artysty. Trzy i pół miesiąca. Spotkania z córką, lekcje muzealne. Całkiem ciekawa oferta. Tylko w Polsce nie ma zapotrzebowania na kulturę. Szkoda. Centra handlowe są atrakcyjniejsze niż galerie, muzea czy nawet świątynie. Znak czasów. Powoli się zbieram. Jeszcze katalog na pamiątkę i znów cieszę się zimą. Chociaż w lutym można jeszcze doświadczyć trochę śniegu.
Justyna Komar
Wszystkie prawa zastrzeżone
All rights reserved