"Wytrawnie posługując się sztuką podchodów osiągnąłem
ten punkt obserwacyjny w taki sposób, żeby wilki nie mogły mnie dostrzec, a
ponieważ wiatr szedł w moją stronę, byłem przekonany, że nie domyślą się mojego
przybycia.
Kiedy wszystko już było jak trzeba, nastawiłem lunetę; ale ku mojemu strapieniu
wilków nie dostrzegłem ani śladu. (...) Do południa oczy mnie rozbolały z
wysiłku, że już nie wspomnę o skurczach, i doszedłem prawie do wniosku, że moja
wczorajsza hipoteza była z gruntu fałszywa i że "nora" to tylko
przypadkowa dziura w piasku.
(...)
Wróciłem posępnie do jałowego wpatrywania się w lunetę. Esker był pusty. Nad
rozprażonym piaskiem zaczęły się unosić fale gorąca, jeszcze bardziej męczące
dla oczu. O drugiej straciłem resztki nadziei. Dalsze krycie się nie miało
sensu, więc podniosłem się, zesztywniały, i wykonałem czynności przygotowawcze
do wypróżnienia się.
To szczególne, że choćby człowiek się znajdował sam na łódeczce pośrodku oceanu
albo gdzieś w nieprzebytej puszczy, okazuje się, iż sama czynność rozpinania
się wywołuje w nim dziwne uczulenie na ewentualność, że ktoś mógłby go
podglądać. W tym krytycznym momencie nikt, może z wyjątkiem ludzi nadzwyczaj
pewnych siebie, choćby się znajdował w najbardziej niewątpliwym odosobnieniu,
nie może się powstrzymać od ukradkowego zerknięcia wokół siebie dla przekonania
się, czy na pewno jest sam.
Powiedzieć, ze niemiłe było dla mnie odkrycie, iż nie jestem sam, to mało; bo
za mną, odległości nawet nie dwudziestu metrów, siedziały te nie ujawniające
się wilki.
Wygląd miały tak zrelaksowany i wygodny, jak gdyby siedziały mi za plecami od
wielu godzin. Wielki samiec miał wyraz trochę znudzony; za to wzrok wilczycy
skupiony był na mnie jakby z wyrazem bezwstydnej i wręcz lubieżnej ciekawości.
Psychika ludzka to rzecz zdumiewająca. Niemalże w każdej innej sytuacji
wpadłbym zapewne w popłoch i sądzę, że mało kto miałby mi to za złe. Ale tu
okoliczności były niezwykłe i zareagowałem na nie wybuchem oburzenia. W
poczuciu znieważonej godności odwróciłem się gwałtownie plecami do zapatrzonych
wilków i palcami trzęsącymi się z irytacji czym prędzej zapiąłem rozporek. Gdy
w ten sposób ocalona została jeśli nie moja godność, to choć przyzwoitość,
zwróciłem się znów do wilków z zajadłością, która mnie samego zdumiała:
-Sio! - wrzasnąłem. - Co wy sobie myślicie, do diabła... wy... wy... świńtuchy!
Jak rany, wynocha stąd!
Wilki to zaskoczyło. Zerwały się na nogi, spojrzały po sobie z niedowierzaniem
i truchcikiem oddaliły się, zbiegły w zapadlisko i znikły gdzieś w kierunku
eskeru. Nawet się nie obejrzały."
FARLEY MOWAT, Nie taki wilk straszny, 1994